|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Kontakt
Warto odwiedzić
Zaglądam
|
piątek, 27 stycznia 2012
Spasowałem, poddałem się choć nie czuję się winny. Kolejny raz odkryłem z nutą zdziwienia, że nie wszyscy są tacy jak ja. Powinienem być mądrzejszy, traktować innych nieufnie, ale nic nie poradzę na to, że mierzę własną miarą. Nie jestem pierwszym ani ostatnim niewinnie skazanym. Powinienem odejść, czuję się winny tchórzostwu, które być może zapanowało nad moją pewnością siebie. Czuję się winny wobec własnego honoru i sumienia, dlatego że wybrałem być może mądrze, racjonalnie, ale na przekór własnym zasadom. Nie ja pierwszy i nie ostatni.
W życiu kieruję się jedną zasadą, czegokolwiek bym nie robił – daję z siebie wszystko. Dlatego zostając, nie zwariowałem. Nie jestem mściwy, nie odejdę gdy poczuję, że stracą na tym najwięcej, odejdę wtedy, gdy sam stwierdzę, że na mnie już czas. Tymczasem będę uważał, dostałem nauczkę, wyciągnąłem odpowiednie wnioski, nie dam się już omamić i zaskoczyć. Jestem od nich lepszy i mądrzejszy, ale wiem, że świat nie jest sprawiedliwy. Nie zapomnę.
wtorek, 24 stycznia 2012
ACTA
Do tych, którzy uważają, że jest to zamach na wolność. Ilu z was klika „lubię to”, ilu z was dobrowolnie dzieli się tym co ogląda poprzez filmweb, co czyta poprzez biblionetkę, co lubi poprzez facebooka, czego słucha poprzez last.fm? Czy ktoś naprawdę uważa, że Internetowi grozi zamach na wolność słowa, skoro przestępcy i pedofile potrafią potrafią go wykorzystać do wymiany danych?
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Zachłysnąłem się ostatnio, rozrzedziłem swoje działania w sposób, który sprawił, że żadne z nich nie miało większego sensu. Nie da się złapać wszystkich srok za ogon, nie można nie robić nic, licząc, że coś się samo zrobi. Obijałem się licząc, że pracą wytłumaczę swoje działania, a właściwie ich brak. Choć nie zaniedbałem niczego ważnego, to wiem, że straciłem trochę czasu, jak już nie raz wcześniej.
Przejmowałbym się tym, gdybym już dawno nie doszedł do wniosku, że gdybym mógł odzyskać cały zmarnowany czas, zmarnowałbym go jeszcze raz. Wiem, piszę odrobinę pokrętnie, ale w gruncie rzeczy nie chodzi o to, co straciłem, ale co mogę zyskać analizując ten „stracony” czas.
Każdy z nas ma swój własny, ulubiony sposób spędzania czasu. Nie mam nic przeciwko hobby, jest potrzebne, człowiek się dzięki niemu rozwija, rozszerza horyzonty. Tylko, że moje hobby zabrało mi zbyt wiele czasu, nie dając w zasadzie nic w zamian. W międzyczasie pojawiło się inne, bardziej absorbujące i wymagające, któremu trzeba poświęcić trochę czasu, ale w zamian zyskuje się o wiele, wiele więcej.
Wybaczcie filozofowanie, piszę tak, bo nie zwykłem zdradzać pewnych rzeczy, zanim się one nie dokonają. Gdy rzuciłem palenie, powiedziałem o tym dopiero, gdy byłem pewny, że już nie sięgnę po papierosa. Tak samo teraz, swój przyszły projekt ujawnię dopiero wtedy, gdy go skończę.
Wracając jednak do przeszłości, zdecydowałem, że pora skończyć z graniem, a musicie wiedzieć, że grałem w zasadzie od zawsze i nie uważam tego, za coś wstydliwego. Nie wydaje mi się, żebym przez granie na komputerze, czy później konsoli, kiedykolwiek coś stracił czy zaniedbał. Chociaż licho wie, co by było gdybym był w innym miejscu niż przed ekranem telewizora. Szanuję wybory graczy, jeśli uważają, że to jest ich hobby. Tylko, że mnie przestało to wystarczać. Chcę czegoś poważniejszego, większego, a grom niestety daleko jest jeszcze do sztuki filmowej. Nie będę się też rozwodził nad potencjałem jaki niesie za sobą zaangażowanie grającego w przebieg opowiadanej historii, niewykorzystanym zresztą. Stwierdziłem po prostu, że jakoś mało ostatnio czytam i słucham muzyki, a to przecież moje główne zainteresowania. Gdy nie pracowałem, mogłem znaleźć czas na wszystko, teraz pora z czegoś zrezygnować, odpada oczywiście najsłabsza rzecz. Doszedłem do wniosku, że złodziej czasu – jakim jest konsola, nie daje mi prawie nic w zamian, a jeśli już to bardzo mało.
Tak więc spakowałem wszystko, sprzedałem i czuję się znowu wolny. Mam nawet czas napisać tę notkę, której pisanie sprawia mi po raz kolejny mnóstwo satysfakcji. Powróciłem znowu na tor, jestem przekonany, że to była dobra decyzja, nie podyktowana żadnym impulsem.
poniedziałek, 17 października 2011
Skończyłem studia, mam pracę, która co prawda nie zaspokaja do końca moich ambicji, ale daje satysfakcję, pieniądze i czas wolny, na realizację własnych planów. Przez ostatnie pół roku nie miałem czasu prawie na nic, sprytnie manewrowałem, aby wyjść obronnie ze starcia z zegarem i nie zaniedbać rzeczy i osób, na których mi zależy. Częściowo mi się udało, to co najważniejsze zachowałem, niektóre aspekty życia zostały odsunięte na drugi plan, ale taka jest kolej rzeczy. Nasze priorytety zmieniają się co pewien czas. Teraz, gdy mam czego chciałem, wydaje mi się, że mogę nie podołać, nie sprostać, wyrżnąć orła na ostatniej prostej. To właśnie zniechęciło mnie do działania, co więcej, po dość stresującej i wyczerpującej pracy mam ochotę uwalić się przed telewizorem albo konsolą i wyłączyć myślenie. Ale to przecież nie ja, a przynajmniej nie taki ja, jakim siebie widzę w przyszłości. Nie należy myśleć, że skoro ciężko harujemy, to coś nam się od życia należy. Bo przecież nie mamy gwarancji na nic. Tak więc wczoraj powiedziałem sobie, że koniec z usprawiedliwieniem i odraczaniem pewnych spraw z powodu zmęczenia i po prostu wziąłem się do roboty. Impas został przełamany, tryby wróciły na swoje miejsce. Odetchnąłem z ulgą, gdy po prawie dziewięciomiesięcznym przestoju okazało się, że nadal potrafię. Nie zatraciłem tego. Choć przeraża mnie zadanie, jakie postawiłem przed sobą, nie cofnę się, bo wiem, że zawsze bym tego żałował. Mam odpowiednie wsparcie, chęć i możliwości. Nikt, ani nic mnie teraz nie może zatrzymać.
poniedziałek, 12 września 2011
Tak, to wreszcie koniec. Koniec pewnego etapu, a zarazem początek następnego. Dopiąłem swego i zakończyłem długi proces kształcenia. Wiele mnie to kosztowało, na pewno nie był to jednak czas stracony. Nie mam pojęcia czym zapremiuje mi to w przyszłości, wiem jednak, że skończenie studiów ociosało mnie w odpowiedni sposób. Sprawiło, że dojrzałem, nabrałem pewności siebie i jestem pełniejszym sobą. Nie był to wybór idealny, ale być może najwłaściwszy w danym momencie. To wszystko już jednak przeszłość. Dopiąłem swego. Jestem z siebie dumny. Co dalej? Nie zamierzam zdradzać, póki nie dopnę swego, a że dopnę wiem. Bo czuję, że potrafię i mam odpowiednie wsparcie. Jedno jest pewne, po ogromnym wysiłku, który kosztował mnie pogodzenie wielu aspektów życia, nie zamierzam wcale spocząć na laurach. Różnica polega tylko na tym, że teraz mogę to wszystko łączyć robiąc dokładnie to, co chcę.
Może niezbyt dobrym porównaniem jest przyrównanie tego, co teraz czuję z zakończeniem dobrej książki lube serialu podczas którego widz zżywa się z bohaterami. To coś podobnego, tylko kilkukrotnie mocniejszego.
Nie wiem co będzie z blogiem, zbliża się jesień, być może czeka nas reaktywacja. Nic jednak nie mogę obiecać.
wtorek, 28 czerwca 2011
Heart of my own
Zaczęło się jak u Hitchcocka, trzęsieniem ziemi. Na scenę wkroczyła pojedyncza postać, kobieta. Nieśmiało podeszła do mikrofonu, z nutką tremy w oczach i zaczęła śpiewać. Bez instrumentów, nadając rytm sobie i tłumowi przy pomocy klaszczących dłoni. Jej głos wypełnił salę, żywy, świdrujący, trafiający wprost do trzewi, prawdziwy. Do Basi Bulat, bo to o niej mowa dołączył brat, który zajął miejsce przy perkusji i swojsko wyglądający mężczyzna z zakręconym wąsem. Ta trójka podczas półgodzinnego występu sprawiła, że wiedziałem już, że było warto jechać tyle kilometrów, a najlepsze było przecież dopiero przed nami. Kanadyjska wokalistka zaśpiewała tak, że niejedna bardziej znana gwiazda czułaby się zawstydzona. Było profesjonalnie, naturalnie i wzruszająco. Jako, że osłuchałem wcześniej dwie płyty, kilka razy pojawiły się na moich plecach ciarki. Chłonąłem muzykę w doborowym towarzystwie. Wokalistka postawiła na swoje najbardziej żywiołowe numery, które dzięki falującemu głosowi i tak potrafiły wzruszyć. Rewelacyjny, choć krótki występ pokazał, że Basia brzmi lepiej na żywo, niż w studio, sądzę, że niewielu artystów może się tym pochwalić. Był polski akcent, był zachwyt nad feerią muzyki, którą potrafili wykrzesać z zaledwie kilku instrumentów, a był to przecież tylko przedsmak.
Grab your mother’s keys we're leaving
Przerwa aby ochłonąć pogłębiła tylko zniecierpliwienie. W końcu weszli, energetycznie otworzyli koncert, zaskakując wyborem pierwszej piosenki. Przesterowane głośniki, muzyka wylewająca się z głośników i jeszcze nie do końca dobre wrażenie na początek. Muzycy z Arcade Fire zawładnęli sceną. Drugi utwór – Sprawl II otworzył oczy i uszy jeszcze bardziej, świetny wokal, klimat i taniec sprawił, że czuło się zbliżającą moc. Moc, która wybuchła wraz z tytułowym The Suburbs i w tym momencie koncert rozpoczął się na dobre. To, co działo się dalej jest trudne do opisania. Było rewelacyjnie, scena eksplodowała, muzycy grali, jakby to miał być ich ostatni koncert w życiu. Z utworu na utwór miałem wrażenie uczestniczenia w czymś wyjątkowym, trochę nierealnym. Profesjonalizm mieszał się z szaleństwem, gdy zdawało się, że zespół wykończy sprzęt, na którym gra. Żywiołowość, wymienianie się instrumentami i bogactwo dźwiękowe tworzone przez multiinstrumentalistów stworzyło fantastyczny spektakl, który będę jeszcze długo wspominał. Bis był planowany, choć myślałem już, że nie wyjdą i nie doczekam się ulubionego Wake Up. Doczekałem się i wyszedłem z koncertu zachwycony.
Nie da się dobrze opisać przeżyć, które towarzyszyły mi podczas tego wydarzenia. Tam trzeba było po prostu być. Filmy nie oddają klimatu, który został stworzony przez Arcade Fire. Nie byłem na wielu koncertach, więc może nie mam porównania, ale był to najlepszy koncert jaki dotąd przeżyłem. Do tego miałem doborowe towarzystwo Lubej, podczas 300km w jedną stronę do Warszawy, podczas wydarzenia i po nim. Współprzeżywanie było rewelacyjnym prezentem urodzinowym, który daliśmy sobie nawzajem. Z pewnością było to jedno z tych wydarzeń, które zapamiętam na długo. Było warto.
Dziękuję.
środa, 04 maja 2011
Tygodnie lecą jak szalone, miesiące nawet, po raz pierwszy w życiu mam wrażenie, że w sposób optymalny wykorzystuję czas, a jeszcze bardziej mi go brakuje. Wszystko pod kontrolą, puzzle wskakuja w swoje miejsca łącząc się w przyjemny obraz człowieka zmęczonego, ale zadowolonego. Jeszcze chwila i odetchnę, nauka, przynajmniej ta typowa dobiegnie końca. Tylko co wtedy? Co dalej? Chyba po raz pierwszy poczuję, że nic tak naprawdę "nie muszę". Wiem, że nikt mnie nigdy do niczego nie zmuszał na siłę, nie żałuję wyborów, poradziłem sobie z ich konsekwencjami. Miło jednak będzie móc zatrzymać się, powiedzieć - zrobiłem swoje, a po chwili dać się porwać innym zadaniom, tym razem wybranym z pełną świadomością i dającym niespotykaną jak dotąd satysfakcję.
1. Jeff Buckley - We All Fall In Love Sometimes Cover Eltona Johna, smutne, aczkolwiek przepiękne wykonanie. Ostatnio znów powróciłem do twórczości Jeffa, dodatkowo odkopując niedokończone i niedoskonałe wersje jego utworów. Ciągły niedosyt i zachwyt. I tak już pozostanie na zawsze. Niestety nie mogę znaleźć wersji nie zablokowanej do umieszczania na blogu, kilkajcie: http://www.youtube.com/watch?v=JhSHvE80WoU
2. Lisa Hannigan - Ocean And A Rock Wiem, że było, ale jakie cudne jest to wykonanie!
3. Basia Bulat - Once More, For The Dollhouse Pisząc pracę magisterską zasłuchuje się w najnowszej płycie Basi.
4. Unkle - Chemistry I na tym moje pomysły się kończą na dziś.
środa, 27 kwietnia 2011
Dopadło mnie. Rok i kilka miesięcy bez żadnej choroby, wydawało się, że jestem niezniszczalny, a jednak i mnie w końcu dopadło. "Mam prawo chorować", no tak, ale jakoś nie chcę, nie mam czasu. Ostatnie kilka miesiecy minęło na dość wysokich obrotach, ciągle zajęty, wydawało mi się jednak, że dbam o siebie, że nic mi nie grozi. Być może wykończyło mnie otoczenie nie dbających o siebie ludzi, wiecznie odchorowujących w pracy, źle odżywiających i zapracowanych. I tak wytrzymałem bardzo długo w tych wiecznie niesprzyjających warunkach. Sugerowano mi nawet bym odchorował w urlopie, że wcale nie wyglądam na chorego, że kiepsko mi idzie ostatnio. Spodziewałem się tego. Kasa jest ważna, ale nie dam się zastraszyć, dla mnie normalnym jest, że jestem chory, to idę na zwolnienie. Idąc do tej pracy obiecałem sobie kilka rzeczy i ich dotrzymuję. Może ktoś ich nauczy w końcu normalności. Czego się jednak spodziewać po ludziach, którzy nie szanują ani swojego czasu, ani zdrowia? Urodziny zacząłem od wizyty na pogotowiu, bo żaden lekarz nie przyjmuje w taki dzień. Fety nie było, pijaństwa nie było. Trochę byłem zły, że akurat teraz zachorowałem, z drugiej strony jednak to idealny czas, żeby odchorować, naładować akumulatory przed końcówką studiów i wyzwaniami, które na mnie czekają. Ze względów osobistych były to moje najlepsze urodziny, choć przytłoczony chorobą, to szczęśliwy i z nadzieją patrzący na przyszłość. Powoli dochodzę do siebie, czas na świętowanie jeszcze będzie, choć z Tobą każdy dzień to jak święto. 1. Basia Bułat - Go On Kanadyjska artystka polskiego pochodzenia. Od razu porwał mnie jej melodyjny, lekko melancholijny głos. Jeden z tych, które określam jako prawdziwe, zaangażowane w to co śpiewa, a nie po prostu odbębniające utwór. No i na żywo śpiewa równie dobrze.
2. Howie Day - 40 Hours Tutaj trochę inna historia, wiem, że nie jest to muzyka najwyższych lotów, idealnie trafia jednak w moje gusta. Trzecia płyta wykonawcy, tak samo mi się podoba.
3. Tony Bennett - If I Ruled The World Gdybym rządził światem.
4. Arcade Fire - Wake Up Rewelacyjny kawałek ze wspaniałym tekstem.
5. Nina Simone - Feeling Good Zaskakujące wykonanie szlagieru Muse.
środa, 20 kwietnia 2011
Pięćdziesiąta ósma środa, ostatnia w tym roku życia, wraz z następną będę już starszy. 27 lat? Jak to, przecież dopiero co biegałem po podwórku, grałem w piłkę i błąkałem się po okolicy. A jaki chciałem być dorosły, a to już przecież 9 lat od osiągnięcia tej rzekomej dorosłości. Może jestem wyjątkiem, ale na mnie upływający czas działa bardzo dobrze, wydoroślałem (trochę), choć w sumie zawsze byłem raczej poważnym człowiekiem, wyzbyłem się niektórych lęków, wypielęgnowałem inne, ale mimo wszystko jak na razie z życiem wychodzę na plus. Staram się, żeby się układało i o dziwo jakoś się układa, mam chwile zwątpienia, ale są one bardzo rzadkie i w żaden sposób nie rzutują na moim życiu. Przypominają mi tylko, żebym nie ustawał w biegu, nie ustaję i nie zamierzam.
Zima odeszła, mam nadzieję, że na dobre. Pierwszy raz od wielu lat nie odcisnęła na mnie znacznego piętna. No, może jestem trochę bledszy, ale lato, które wybuchło we mnie z całych sił trwa do dziś. Miotają mną uczucia, których istnienia w ogóle w sobie nie podejrzewałem, zamiast ochłonąć, chłonę wszystko jeszcze bardziej. Wydaje się, że po tylu miesiącach serce powinno przystopować, a ono wyrywa sie z piersi jeszcze mocniej. Jeśli miałbym mieć jedno życzenie, to chciałbym... Za dużo byście chcieli wiedzieć.
1. Myslovitz - Ukryte Nowa płyta już 30 maja, nie mogę się doczekać.
2. Arcade Fire - Neighborhood #2 (Laika) Wziąłem się za debiutancką płytę, kopię tyłek tak, jak dwie poprzednie.
3. Ennio Morricone - Playing Love Tak mi się przypomniało, polecam film.
4. Death Cab For Cutie - I Will Follow You Into The Dark Tak się jakoś przyczepiło i nie chce odczepić.
5. Hans Zimmer - Time Ze ścieżki dźwiękowej Incepcji, ten film również polecam.
środa, 13 kwietnia 2011
Nie, nie zaginąłem. Nie zagubiłem się też. Niniejszym powracam z kolejną muzyczną środą i wiadomościami dla tych, którzy nadal wpadają zerknąć, co dzieje się z małym chłopcem, który z dłońmi spleconymi na kolanach, skryty pod koroną drzewa obserwuje księżyc. U mnie w porządku, nie martwcie się, jestem strasznie zapracowany i cholernie szczęśliwy. Zdarzają się chwile zawahania, ale są przeplatane momentami i zdarzeniami, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że magia jednak istnieje. Niedługo skończę studia i będę miał czas zająć się czymś, co czeka na mnie od dawna, co już zaprosiło do tańca. Co to jest i czy mi się udało, dowiecie się w swoim czasie. Bloga na pewno nie porzucę, choćby z tego względu, że odegrał istotną rolę w moim życiu. Co będzie z nim dalej i z jaką częstotliwością będą pojawiać się wpisy nie wiem, nie ma jednak co się spodziewać wzmożonej aktywności w najbliższym czasie. Blog to nie obowiązek, a przywykłem do wykonywania najpierw obowiązków, więc siłą rzeczy musiał zejść na dalszy plan. Jestem z niego dumny, ale nie będę go pisał na siłę, godzę kilka bardzo ważnych dla mnie rzeczy i na razie to musi wystarczyć. Także nie martwcie się, żyję, mam się dobrze, ciągle się rozwijam, by być jeszcze lepszym, lepszym w swojej własnej ocenie. Sukcesywnie po kawałku idę w stronę człowieka, którym zawsze chciałem być. Kim on jest? Nie wiem, okaże się gdy chwycę go za ramię i odwróci głowę w moją stronę.
Muzycznie też ostatnio posucha, coś się jednak udało poskładać. 1. Reamonn - Swim
2. Tori Amos - Precious Things
3. Howie Day - No Longer What You Require
4. R.E.M - Oh My Heart
5. Stornoway - Long Distance Lullaby
|