RSS
piątek, 27 stycznia 2012

 

Spasowałem, poddałem się choć nie czuję się winny. Kolejny raz odkryłem z nutą zdziwienia, że nie wszyscy są tacy jak ja. Powinienem być mądrzejszy, traktować innych nieufnie, ale nic nie poradzę na to, że mierzę własną miarą. Nie jestem pierwszym ani ostatnim niewinnie skazanym. Powinienem odejść, czuję się winny tchórzostwu, które być może zapanowało nad moją pewnością siebie. Czuję się winny wobec własnego honoru i sumienia, dlatego że wybrałem być może mądrze, racjonalnie, ale na przekór własnym zasadom. Nie ja pierwszy i nie ostatni.


Mądry człowiek ze wszystkiego wysunie odpowiednie wnioski. Dlatego zostałem, dałem się porwać prądowi. Coś jednak we mnie pękło. Nie mam już tej wiary i siły, która pozwalała mi czuć, że pasuję do tego miejsca, że ta praca jest dla mnie odpowiednia. Pracuję dobrze, ale nie czuję już tej satysfakcji i radości co wcześniej.


Wszystko ma swoje dobre strony. Oszukany, poniżony i niedoceniony zrozumiałem, że tak naprawdę nigdy nie chciałem tam trafić, że to nie miejsce w którym chcę zostać na zawsze. Być może było mi za dobrze i za pewnie, być może pieniądze i wygoda przesłoniły mi moje własne ja. Być może ten jeden raz powinienem mieć jaja i powiedzieć nie, tak jak każdy powinien do końca bronić swoich racji. Po raz pierwszy w życiu postąpiłem wbrew sobie. Nie boję się zapłacić ceny za to, co utraciłem. Możliwe, że dobrze się stało, że to wszystko w ogólnym rozrachunku wyjdzie mi na dobre. Możliwe, że potrzebowałem pobudki.

W życiu kieruję się jedną zasadą, czegokolwiek bym nie robił – daję z siebie wszystko. Dlatego zostając, nie zwariowałem. Nie jestem mściwy, nie odejdę gdy poczuję, że stracą na tym najwięcej, odejdę wtedy, gdy sam stwierdzę, że na mnie już czas. Tymczasem będę uważał, dostałem nauczkę, wyciągnąłem odpowiednie wnioski, nie dam się już omamić i zaskoczyć. Jestem od nich lepszy i mądrzejszy, ale wiem, że świat nie jest sprawiedliwy. Nie zapomnę.


Nikt nie zadziera ze mną bezkarnie.




22:03, prezesstoczni
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 stycznia 2012

ACTA


Internet krzyczy. Z każdej strony przerażone głosy ludu, przesiąknięte oburzeniem i podnieceniem w obliczu rewolucji. Strony internetowe w ramach protestu albo same się zamykają, albo w sposób wyraźny zaznaczają swoje stanowisko. Google siedzi cicho (i dobrze, bo nie mam ochoty korzystać z innej wyszukiwarki). Ja też siedzę i jestem przerażony, mój strach bierze się jednak z kompletnie innego powodu.


Czy podpisanie ACTA, które już jest moim zdaniem przesądzone uderzy we mnie jako w szarego kowalskiego korzystającego z internetu – wątpię. Chyba że ktoś doczepi się do linkowanych tutaj zdjęć i filmików. Na jedną fotografię wykorzystaną na tym blogu zdobyłem zgodę właściciela. Na początku korzystałem z google, później wszystkie swoje notki okraszałem zdjęciami być może gorszymi, ale pochodzącymi z serwisu z darmowymi zdjęciami. Czy ACTA doprowadzi do ograniczenia swobód serwisów internetowych, korzystających z cudzej własności? Być może. Tak naprawdę jednak nikt nie wie na 100% do czego się to wszystko sprowadza. Nie tym jednak chciałbym się zająć.


WŁASNOŚĆ INTELEKTUALNA I PIRACTWO


Nie jestem święty – wszak swoją przygodę z komputerem zacząłem w momencie gdy na rynku nie było oryginalnych wersji gier i programów. Wszyscy piracili i sprzedawali naokoło na potęgę, wyciągając z tego nierzadko kwotę wyższą niż przeciętna wypłata. Ja, kupując grę czy program na amigę, ładnie zapakowaną nie miałem pojęcia skąd pochodzi. Z biegiem lat wszystko się jednak zmienia, człowiek dorośleje, zaczyna coś tworzyć, szanować. Kupować, pomimo, że ceny czasami przyprawiają o ból głowy, szczególnie, że za granicą możesz kupić to samo za ułamek miesięcznej pensji, a nie za jej znaczną część. Nikt jednak nie powiedział, że wszyscy jesteśmy równi, że coś się nam po prostu należy. Jeśli ktoś myśli w ten sposób, jest naiwny. Światem nadal rządzą i będą rządzić silni, nieważne ile nasłuchamy się o równości, ani jak bardzo będziemy chcieli w nią wierzyć.
Producenci chcieliby, żebym wierzył, że każda spiracona płyta, film, czy książka to dla nich strata tej wielkości co wartość samej płyty w sprzedaży. Wierutna bzdura, ludzie zakupy robią po części świadomie, a za darmo wezmą nawet największe g…o. To, że ktoś ściągnął płytę czy film nie oznacza, że kupiłby ją gdyby nie miał do niej dostępu. Straty więc są zawyżone. Nieograniczony dostęp ma swoje plusy, możemy poznać coś, co nie jest dostępne w naszym kraju, albo zostało dawno wycofane ze sprzedaży. Nadal jest to okradanie autora z jego własności. Gdyby ktoś z was stworzył coś pięknego, poświęcił na to kilka lat swojego życia, kupę czasu i energii, to czy nie trafił by was szlag, gdyby ktoś mógł sobie to po prostu wziąć? Nie biorę tutaj celowo pod uwagę dobrej strony Internetu w promowaniu autorów, twórców i artystów, bo jest to niemierzalne. Rozumiem motywację, która kieruje ludźmi którzy ściągają z Internetu gry, programy i filmy, wkurza mnie tylko jeśli dorabiają sobie do tego jakąkolwiek ideologię. Ściągasz bo cię nie stać? Dobrze, ale nie bądź hipokrytą mówiąc, że to tylko i wyłącznie z powodu ceny, ani że to co robisz to nie jest kradzież.


    Jeśli pamiętacie mój pierwszy wpis o AaRON-ie, pisałem w nim, że usłyszałem płytę Artificial Animals Riding On Neverland podczas jednej z wizyt w empiku. Ciekaw jestem skąd się tam wzięła, skoro nie ma jej w polskiej dystrybucji i czy była puszczana zgodnie z prawem. Znalazłem ją dzięki internetowi, odsłuchałem i na pewno kupię. Dobrą stroną ogólnej dostępności jest to, że w ogóle mogłem ją poznać. Szkoda, że żeby ją kupić muszę wydać około 90zł. Jestem pewien, że w końcu to jednak zrobię. Kwestią do zastanowienia pozostaje, czy w ogóle bym ją poznał, gdyby nie była dostępna w sieci. Gdyby nie było całych kawałków na youtube. Być może starczyły by fragmenty odsłuchane w internetowych serwisach muzycznych. Nie mam jednak co do tego pewności. Gdyby ograniczyć swobodę w wykorzystywaniu treści przez youtube i inne serwisy, artyści sami dążyli by do tego, aby promować swoją twórczość w tych serwisach, co już zresztą robią.


INTERNETOWI TERRORYŚCI


Najbardziej przeraża mnie zachowanie internetowej społeczności (skoro jednak wiemy, że najwięcej do powiedzenia mają krzykacze nie koniecznie mądrzy, a najprościej krzyczeć w Internecie, nie powinno mnie to dziwić). Grupa Anonymous zaatakowała stronę FBI w odwecie za zamknięcie serwisu megaupload. Zostali okrzyknięci bohaterami i sądząc po odzewie, większość użytkowników sieci im kibicuje. Właściciele megaupload wzbogacili się na obrocie pirackimi filmami i programami. Nie handlowali nimi na targowisku, nie tłoczyli płyt w piwnicach. Stworzyli serwis wymiany plików z pełną świadomością, że zostanie wykorzystany do dzielenia się nielegalnymi plikami. Nie reagowali na ostrzeżenia i wezwania do zablokowania kont użytkowników naruszających prawo. Doigrali się. Być może większości ludzi wydaje się, że wszystko powinno być za darmo a oni byli współczesnymi Robin Hoodami. Tylko czy Robin jeździł kilkunastoma luksusowymi autami? O ile jestem w stanie zrozumieć, że ktoś na swój własny użytek ściąga i świadomie łamie prawo, tak nie rozumiem społecznego przyzwolenia do bogacenia się cwaniaków, którzy zwietrzyli łatwy pieniądz i dorobili się obracając cudzą własnością.


Najgorsze, że gawiedź lubi się jednoczyć i ma skłonność do rewolucji. Wystarczy jeden pomysł, zalążek idei przypudrowany walką o wolność, równość i braterstwo by facebookowi rewolucjoniści podłapali temat i zapałali gorączką. Nigdy dotąd nie było tak prostej drogi do krytykowania i ferowania wyroków jak Internet. Nieważne, że sama idea może być błędna, liczy się walka, wystąpienie przeciw rządowi, czy jakiemukolwiek urojonemu wrogowi. Źle mi się to kojarzy. Być może jeszcze nie teraz, ale wyczuwam w tym ogromne zagrożenie. Ludzie zawsze byli podatni na manipulację i lubią czuć się przynależni do jakiejś grupy. Lubią także szczycić się swoim indywidualizmem podszytym płaszczykiem oportunizmu. W Internecie najłatwiej ferować wyrokami, bo nikt nie pociągnie nas do konsekwencji.


Wkurza mnie wykorzystywanie wizerunku V z V jak Vendetta w takiej sprawie jak ACTA, ale ludzie znaleźli już swojego wroga i mają klapki na oczach. Może ja się mylę, wszystko okaże się gdy opadnie kurz bitwy, ale moim zdaniem ACTA uderzy przede wszystkim w złodziei, którzy na piractwie dorabiają się majątków.
  

Do tych, którzy uważają, że jest to zamach na wolność. Ilu z was klika „lubię to”, ilu z was dobrowolnie dzieli się tym co ogląda poprzez filmweb, co czyta poprzez biblionetkę, co lubi poprzez facebooka, czego słucha poprzez last.fm?  

Czy ktoś naprawdę uważa, że Internetowi grozi zamach na wolność słowa, skoro przestępcy i pedofile potrafią potrafią go wykorzystać do wymiany danych?
   
Chyba pora wyjść na dwór i odłączyć wtyczkę. Straciłem godzinę na zmierzenie się z tą notką, czas który mógłbym wykorzystać na wiele innych, pożyteczniejszych rzeczy. Nie sądziłem, że tak łatwo wywołać taki szum w Internecie. Ciekawe kto pierwszy to wykorzysta…




20:02, prezesstoczni
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 grudnia 2011

Zachłysnąłem się ostatnio, rozrzedziłem swoje działania w sposób, który sprawił, że żadne z nich nie miało większego sensu. Nie da się złapać wszystkich srok za ogon, nie można nie robić nic, licząc, że coś się samo zrobi. Obijałem się licząc, że pracą wytłumaczę swoje działania, a właściwie ich brak. Choć nie zaniedbałem niczego ważnego, to wiem, że straciłem trochę czasu, jak już nie raz wcześniej.

 

Przejmowałbym się tym, gdybym już dawno nie doszedł do wniosku, że gdybym mógł odzyskać cały zmarnowany czas, zmarnowałbym go jeszcze raz. Wiem, piszę odrobinę pokrętnie, ale w gruncie rzeczy nie chodzi o to, co straciłem, ale co mogę zyskać analizując ten „stracony” czas.

 

Każdy z nas ma swój własny, ulubiony sposób spędzania czasu. Nie mam nic przeciwko hobby, jest potrzebne, człowiek się dzięki niemu rozwija, rozszerza horyzonty. Tylko, że moje hobby zabrało mi zbyt wiele czasu, nie dając w zasadzie nic w zamian. W międzyczasie pojawiło się inne, bardziej absorbujące i wymagające, któremu trzeba poświęcić trochę czasu, ale w zamian zyskuje się o wiele, wiele więcej.

 

Wybaczcie filozofowanie, piszę tak, bo nie zwykłem zdradzać pewnych rzeczy, zanim się one nie dokonają. Gdy rzuciłem palenie, powiedziałem o tym dopiero, gdy byłem pewny, że już nie sięgnę po papierosa. Tak samo teraz, swój przyszły projekt ujawnię dopiero wtedy, gdy go skończę.

 

Wracając jednak do przeszłości, zdecydowałem, że pora skończyć z graniem, a musicie wiedzieć, że grałem w zasadzie od zawsze i nie uważam tego, za coś wstydliwego. Nie wydaje mi się, żebym przez granie na komputerze, czy później konsoli, kiedykolwiek coś stracił czy zaniedbał. Chociaż licho wie, co by było gdybym był w innym miejscu niż przed ekranem telewizora. Szanuję wybory graczy, jeśli uważają, że to jest ich hobby. Tylko, że mnie przestało to wystarczać. Chcę czegoś poważniejszego, większego, a grom niestety daleko jest jeszcze do sztuki filmowej. Nie będę się też rozwodził nad potencjałem jaki niesie za sobą zaangażowanie grającego w przebieg opowiadanej historii, niewykorzystanym zresztą. Stwierdziłem po prostu, że jakoś mało ostatnio czytam i słucham muzyki, a to przecież moje główne zainteresowania. Gdy nie pracowałem, mogłem znaleźć czas na wszystko, teraz pora z czegoś zrezygnować, odpada oczywiście najsłabsza rzecz. Doszedłem do wniosku, że złodziej czasu – jakim jest konsola, nie daje mi prawie nic w zamian, a jeśli już to bardzo mało.

 

Tak więc spakowałem wszystko, sprzedałem i czuję się znowu wolny. Mam nawet czas napisać tę notkę, której pisanie sprawia mi po raz kolejny mnóstwo satysfakcji. Powróciłem znowu na tor, jestem przekonany, że to była dobra decyzja, nie podyktowana żadnym impulsem.



22:06, prezesstoczni
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 października 2011

 

Skończyłem studia, mam pracę, która co prawda nie zaspokaja do końca moich ambicji, ale daje satysfakcję, pieniądze i czas wolny, na realizację własnych planów. Przez ostatnie pół roku nie miałem czasu prawie na nic, sprytnie manewrowałem, aby wyjść obronnie ze starcia z zegarem i nie zaniedbać rzeczy i osób, na których mi zależy. Częściowo mi się udało, to co najważniejsze zachowałem, niektóre aspekty życia zostały odsunięte na drugi plan, ale taka jest kolej rzeczy. Nasze priorytety zmieniają się co pewien czas. Teraz, gdy mam czego chciałem, wydaje mi się, że mogę nie podołać, nie sprostać, wyrżnąć orła na ostatniej prostej. To właśnie zniechęciło mnie do działania, co więcej, po dość stresującej i wyczerpującej pracy mam ochotę uwalić się przed telewizorem albo konsolą i wyłączyć myślenie. Ale to przecież nie ja, a przynajmniej nie taki ja, jakim siebie widzę w przyszłości. Nie należy myśleć, że skoro ciężko harujemy, to coś nam się od życia należy. Bo przecież nie mamy gwarancji na nic. Tak więc wczoraj powiedziałem sobie, że koniec z usprawiedliwieniem i odraczaniem pewnych spraw z powodu zmęczenia i po prostu wziąłem się do roboty. Impas został przełamany, tryby wróciły na swoje miejsce. Odetchnąłem z ulgą, gdy po prawie dziewięciomiesięcznym przestoju okazało się, że nadal potrafię. Nie zatraciłem tego. Choć przeraża mnie zadanie, jakie postawiłem przed sobą, nie cofnę się, bo wiem, że zawsze bym tego żałował. Mam odpowiednie wsparcie, chęć i możliwości. Nikt, ani nic mnie teraz nie może zatrzymać.




 

20:52, prezesstoczni
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 września 2011

 

Tak, to wreszcie koniec. Koniec pewnego etapu, a zarazem początek następnego. Dopiąłem swego i zakończyłem długi proces kształcenia. Wiele mnie to kosztowało, na pewno nie był to jednak czas stracony. Nie mam pojęcia czym zapremiuje mi to w przyszłości, wiem jednak, że skończenie studiów ociosało mnie w odpowiedni sposób. Sprawiło, że dojrzałem, nabrałem pewności siebie i jestem pełniejszym sobą. Nie był to wybór idealny, ale być może najwłaściwszy w danym momencie. To wszystko już jednak przeszłość. Dopiąłem swego. Jestem z siebie dumny.

Co dalej? Nie zamierzam zdradzać, póki nie dopnę swego, a że dopnę wiem. Bo czuję, że potrafię i mam odpowiednie wsparcie. Jedno jest pewne, po ogromnym wysiłku, który kosztował mnie pogodzenie wielu aspektów życia, nie zamierzam wcale spocząć na laurach. Różnica polega tylko na tym, że teraz mogę to wszystko łączyć robiąc dokładnie to, co chcę.

 

Może niezbyt dobrym porównaniem jest przyrównanie tego, co teraz czuję z zakończeniem dobrej książki lube serialu podczas którego widz zżywa się z bohaterami. To coś podobnego, tylko kilkukrotnie mocniejszego.

 

Nie wiem co będzie z blogiem, zbliża się jesień, być może czeka nas reaktywacja. Nic jednak nie mogę obiecać.

 

 

 

21:00, prezesstoczni
Link Komentarze (3) »
wtorek, 28 czerwca 2011

 

Heart of my own

 

Zaczęło się jak u Hitchcocka, trzęsieniem ziemi. Na scenę wkroczyła pojedyncza postać, kobieta. Nieśmiało podeszła do mikrofonu, z nutką tremy w oczach i zaczęła śpiewać. Bez instrumentów, nadając rytm sobie i tłumowi przy pomocy klaszczących dłoni. Jej głos wypełnił salę, żywy, świdrujący, trafiający wprost do trzewi, prawdziwy. Do Basi Bulat, bo to o niej mowa dołączył brat, który zajął miejsce przy perkusji i swojsko wyglądający mężczyzna z zakręconym wąsem. Ta trójka podczas półgodzinnego występu sprawiła, że wiedziałem już, że było warto jechać tyle kilometrów, a najlepsze było przecież dopiero przed nami. Kanadyjska wokalistka zaśpiewała tak, że niejedna bardziej znana gwiazda czułaby się zawstydzona. Było profesjonalnie, naturalnie i wzruszająco. Jako, że osłuchałem wcześniej dwie płyty, kilka razy pojawiły się na moich plecach ciarki. Chłonąłem muzykę w doborowym towarzystwie. Wokalistka postawiła na swoje najbardziej żywiołowe numery, które dzięki falującemu głosowi i tak potrafiły wzruszyć. Rewelacyjny, choć  krótki występ pokazał, że Basia brzmi lepiej na żywo, niż w studio, sądzę, że niewielu artystów może się tym pochwalić. Był polski akcent, był zachwyt nad feerią muzyki, którą potrafili wykrzesać z zaledwie kilku instrumentów, a był to przecież tylko przedsmak.

 

 

Grab your mother’s keys we're leaving

 

Przerwa aby ochłonąć pogłębiła tylko zniecierpliwienie. W końcu weszli, energetycznie otworzyli koncert, zaskakując wyborem pierwszej piosenki. Przesterowane głośniki, muzyka wylewająca się z głośników i jeszcze nie do końca dobre wrażenie na początek. Muzycy z Arcade Fire zawładnęli sceną. Drugi utwór – Sprawl II otworzył oczy i uszy jeszcze bardziej, świetny wokal, klimat i taniec sprawił, że czuło się zbliżającą moc. Moc, która wybuchła wraz z tytułowym The Suburbs i w tym momencie koncert rozpoczął się na dobre. To, co działo się dalej jest trudne do opisania. Było rewelacyjnie, scena eksplodowała, muzycy grali, jakby to miał być ich ostatni koncert w życiu. Z utworu na utwór miałem wrażenie uczestniczenia w czymś wyjątkowym, trochę nierealnym. Profesjonalizm mieszał się z szaleństwem, gdy zdawało się, że zespół wykończy sprzęt, na którym gra. Żywiołowość, wymienianie się instrumentami i bogactwo dźwiękowe tworzone przez multiinstrumentalistów stworzyło fantastyczny spektakl, który będę jeszcze długo wspominał. Bis był planowany, choć myślałem już, że nie wyjdą i nie doczekam się ulubionego Wake Up. Doczekałem się i wyszedłem z koncertu zachwycony.

 

Nie da się dobrze opisać przeżyć, które towarzyszyły mi podczas tego wydarzenia. Tam trzeba było po prostu być. Filmy nie oddają klimatu, który został stworzony przez Arcade Fire. Nie byłem na wielu koncertach, więc może nie mam porównania, ale był to najlepszy koncert jaki dotąd przeżyłem. Do tego miałem doborowe towarzystwo Lubej, podczas 300km w jedną stronę do Warszawy, podczas wydarzenia i po nim. Współprzeżywanie było rewelacyjnym prezentem urodzinowym, który daliśmy sobie nawzajem. Z pewnością było to jedno z tych wydarzeń, które zapamiętam na długo. Było warto.

 

Dziękuję.




22:28, prezesstoczni
Link Komentarze (2) »
środa, 04 maja 2011

Tygodnie lecą jak szalone, miesiące nawet, po raz pierwszy w życiu mam wrażenie, że w sposób optymalny wykorzystuję czas, a jeszcze bardziej mi go brakuje. Wszystko pod kontrolą, puzzle wskakuja w swoje miejsca łącząc się w przyjemny obraz człowieka zmęczonego, ale zadowolonego. Jeszcze chwila i odetchnę, nauka, przynajmniej ta typowa dobiegnie końca. Tylko co wtedy? Co dalej? Chyba po raz pierwszy poczuję, że nic tak naprawdę "nie muszę". Wiem, że nikt mnie nigdy do niczego nie zmuszał na siłę, nie żałuję wyborów, poradziłem sobie z ich konsekwencjami. Miło jednak będzie móc zatrzymać się, powiedzieć - zrobiłem swoje, a po chwili dać się porwać innym zadaniom, tym razem wybranym z pełną świadomością i dającym niespotykaną jak dotąd satysfakcję.

 

1. Jeff Buckley - We All Fall In Love Sometimes

Cover Eltona Johna, smutne, aczkolwiek przepiękne wykonanie. Ostatnio znów powróciłem do twórczości Jeffa, dodatkowo odkopując niedokończone i niedoskonałe wersje jego utworów. Ciągły niedosyt i zachwyt. I tak już pozostanie na zawsze.

Niestety nie mogę znaleźć wersji nie zablokowanej do umieszczania na blogu, kilkajcie: http://www.youtube.com/watch?v=JhSHvE80WoU

 

2. Lisa Hannigan - Ocean And A Rock

Wiem, że było, ale jakie cudne jest to wykonanie!

 

3. Basia Bulat - Once More, For The Dollhouse

Pisząc pracę magisterską zasłuchuje się w najnowszej płycie Basi.

 

 

4. Unkle - Chemistry

I na tym moje pomysły się kończą na dziś.


22:16, prezesstoczni
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 kwietnia 2011

Dopadło mnie. Rok i kilka miesięcy bez żadnej choroby, wydawało się, że jestem niezniszczalny, a jednak i mnie w końcu dopadło. "Mam prawo chorować", no tak, ale jakoś nie chcę, nie mam czasu. Ostatnie kilka miesiecy minęło na dość wysokich obrotach, ciągle zajęty, wydawało mi się jednak, że dbam o siebie, że nic mi nie grozi. Być może wykończyło mnie otoczenie nie dbających o siebie ludzi, wiecznie odchorowujących w pracy, źle odżywiających i zapracowanych. I tak wytrzymałem bardzo długo w tych wiecznie niesprzyjających warunkach. Sugerowano mi nawet bym odchorował w urlopie, że wcale nie wyglądam na chorego, że kiepsko mi idzie ostatnio. Spodziewałem się tego. Kasa jest ważna, ale nie dam się zastraszyć, dla mnie normalnym jest, że jestem chory, to idę na zwolnienie. Idąc do tej pracy obiecałem sobie kilka rzeczy i ich dotrzymuję. Może ktoś ich nauczy w końcu normalności. Czego się jednak spodziewać po ludziach, którzy nie szanują ani swojego czasu, ani zdrowia?


Urodziny zacząłem od wizyty na pogotowiu, bo żaden lekarz nie przyjmuje w taki dzień. Fety nie było, pijaństwa nie było. Trochę byłem zły, że akurat teraz zachorowałem, z drugiej strony jednak to idealny czas, żeby odchorować, naładować akumulatory przed końcówką studiów i wyzwaniami, które na mnie czekają. Ze względów osobistych były to moje najlepsze urodziny, choć przytłoczony chorobą, to szczęśliwy i z nadzieją patrzący na przyszłość. Powoli dochodzę do siebie, czas na świętowanie jeszcze będzie, choć z Tobą każdy dzień to jak święto.


1. Basia Bułat - Go On

Kanadyjska artystka polskiego pochodzenia. Od razu porwał mnie jej melodyjny, lekko melancholijny głos. Jeden z tych, które określam jako prawdziwe, zaangażowane w to co śpiewa, a nie po prostu odbębniające utwór. No i na żywo śpiewa równie dobrze.


 


2. Howie Day - 40 Hours

Tutaj trochę inna historia, wiem, że nie jest to muzyka najwyższych lotów, idealnie trafia jednak w moje gusta. Trzecia płyta wykonawcy, tak samo mi się podoba.

 


3. Tony Bennett - If I Ruled The World

Gdybym rządził światem.

 


4. Arcade Fire - Wake Up

Rewelacyjny kawałek ze wspaniałym tekstem.

 


5. Nina Simone - Feeling Good

Zaskakujące wykonanie szlagieru Muse.


18:23, prezesstoczni
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 kwietnia 2011

Pięćdziesiąta ósma środa, ostatnia w tym roku życia, wraz z następną będę już starszy. 27 lat? Jak to, przecież dopiero co biegałem po podwórku, grałem w piłkę i błąkałem się po okolicy. A jaki chciałem być dorosły, a to już przecież 9 lat od osiągnięcia tej rzekomej dorosłości. Może jestem wyjątkiem, ale na mnie upływający czas działa bardzo dobrze, wydoroślałem (trochę), choć w sumie zawsze byłem raczej poważnym człowiekiem, wyzbyłem się niektórych lęków, wypielęgnowałem inne, ale mimo wszystko jak na razie z życiem wychodzę na plus. Staram się, żeby się układało i o dziwo jakoś się układa, mam chwile zwątpienia, ale są one bardzo rzadkie i w żaden sposób nie rzutują na moim życiu. Przypominają mi tylko, żebym nie ustawał w biegu, nie ustaję i nie zamierzam.


Zima odeszła, mam nadzieję, że na dobre. Pierwszy raz od wielu lat nie odcisnęła na mnie znacznego piętna. No, może jestem trochę bledszy, ale lato, które wybuchło we mnie z całych sił trwa do dziś. Miotają mną uczucia, których istnienia w ogóle w sobie nie podejrzewałem, zamiast ochłonąć, chłonę wszystko jeszcze bardziej. Wydaje się, że po tylu miesiącach serce powinno przystopować, a ono wyrywa sie z piersi jeszcze mocniej. Jeśli miałbym mieć jedno życzenie, to chciałbym...


Za dużo byście chcieli wiedzieć.

 

1. Myslovitz - Ukryte

Nowa płyta już 30 maja, nie mogę się doczekać.

 

2. Arcade Fire - Neighborhood #2 (Laika)

Wziąłem się za debiutancką płytę, kopię tyłek tak, jak dwie poprzednie.

 

3. Ennio Morricone - Playing Love

Tak mi się przypomniało, polecam film.

 

4. Death Cab For Cutie - I Will Follow You Into The Dark

Tak się jakoś przyczepiło i nie chce odczepić.

 

5. Hans Zimmer - Time

Ze ścieżki dźwiękowej Incepcji, ten film również polecam.



18:17, prezesstoczni
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 kwietnia 2011

 

Nie, nie zaginąłem. Nie zagubiłem się też. Niniejszym powracam z kolejną muzyczną środą i wiadomościami dla tych, którzy nadal wpadają zerknąć, co dzieje się z małym chłopcem, który z dłońmi spleconymi na kolanach, skryty pod koroną drzewa obserwuje księżyc. U mnie w porządku, nie martwcie się, jestem strasznie zapracowany i cholernie szczęśliwy. Zdarzają się chwile zawahania, ale są przeplatane momentami i zdarzeniami, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że magia jednak istnieje. Niedługo skończę studia i będę miał czas zająć się czymś, co czeka na mnie od dawna, co już zaprosiło do tańca. Co to jest i czy mi się udało, dowiecie się w swoim czasie. Bloga na pewno nie porzucę, choćby z tego względu, że odegrał istotną rolę w moim życiu. Co będzie z nim dalej i z jaką częstotliwością będą pojawiać się wpisy nie wiem, nie ma jednak co się spodziewać wzmożonej aktywności w najbliższym czasie. Blog to nie obowiązek, a przywykłem do wykonywania najpierw obowiązków, więc siłą rzeczy musiał zejść na dalszy plan. Jestem z niego dumny, ale nie będę go pisał na siłę, godzę kilka bardzo ważnych dla mnie rzeczy i na razie to musi wystarczyć. Także nie martwcie się, żyję, mam się dobrze, ciągle się rozwijam, by być jeszcze lepszym, lepszym w swojej własnej ocenie. Sukcesywnie po kawałku idę w stronę człowieka, którym zawsze chciałem być. Kim on jest? Nie wiem, okaże się gdy chwycę go za ramię i odwróci głowę w moją stronę.

 

Muzycznie też ostatnio posucha, coś się jednak udało poskładać.


1. Reamonn - Swim


2. Tori Amos - Precious Things



3. Howie Day - No Longer What You Require



4. R.E.M - Oh My Heart



5. Stornoway - Long Distance Lullaby

 

19:36, prezesstoczni
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19