', 'auto'); ga('send', 'pageview');
Menu

wieczorny przegląd myśli

Przemyślenia dotyczące wszystkich możliwych tematów, najczęściej muzyki, filmów, życia oraz bieżących wydarzeń. Ciekawie, czasami kontrowersyjnie, czasami naiwnie, nigdy nudnie.

Kim jest John Galt?

prezesstoczni

Atlas w Nowym Jorku - Rockefeller Plaza

Atlas Zbuntowany

Tytułowe pytanie stanowi otwarcie „Atlasa Zbuntowanego”, powieści Ayn Rand, którą miałem przyjemność przeczytać. Pamiętam, że po impulsywnym zakupie kołatało mi się w głowie pytanie związane z rozmiarem tej ponad 1100 – stronicowej „cegły”. Pisałem wtedy: „Już sama objętość wzbudza zaciekawienie. Czy autorka miała tyle do powiedzenia, że zabrało jej to aż tyle stron maszynopisu? Czy może nie potrafiła wytłumaczyć swojej idei w sposób prosty i stąd ta ilość?” Dziś znam już odpowiedź na oba pytania. Nie dość, że autorka faktycznie miała aż tyle do powiedzenia, to jeszcze rozległość umocowała w doskonały sposób propagowane przez nią idee. Nie wyobrażam sobie „Atlasa Zbuntowanego” w żadnej innej formie niż ta, którą otrzymałem.

  Dość powiedzieć, że kilkukrotnie zabierałem ją w podróż pociągiem, co jako takie powinno świadczyć o jej wartości. Nie wiedziałem czego się spodziewać, ze strzępków informacji wynikało, że mogę mieć do czynienia z czymś wyjątkowym. Podszedłem neutralnie, by w razie czego srogo się nie zawieść. Jak się okazuje, było to niepotrzebne. Otrzymałem fascynujące, kompletne dzieło, które nie tyle otworzyło mi oczy na otaczający świat, ile udzieliło wskazówek dotyczących sposobu jego funkcjonowania oraz źródeł własnych zachowań, które nie zawsze były dla mnie całkowicie jasne, choć byłem przekonany o ich słuszności.


A to A

        Przeczytałem w swoim życiu sporo książek. Lepszych i gorszych. Uwielbiam Kinga, choć jego proza nie jest najwyższych lotów (czego autor wcale nie ukrywa). Nie spotkałem nic, choć odrobinę przypominającego „Atlasa Zbuntowanego”. Można by stwierdzić, że sama innowacyjność jest świadectwem jej wielkości. Można by także uznać, że skoro nie ma niczego podobnego, pozbawiona konkurencji musi być uważana za dobrą. Nic z tych rzeczy. Sprzeczności nie istnieją. Powieść jest bardzo dobra i nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek inteligentny człowiek mógł stwierdzić inaczej. Owszem, może komuś nie przypaść do gustu, ale nie można odmówić jej wielkości.

        Sama Rand w swoich dziennikach przywołała miejsce swojej twórczości w literaturze:

„Nawiasem mówiąc: jeśli tworzenie fikcji jest procesem przekładania abstrakcji na konkrety, istnieją trzy możliwe etapy takiego tworzenia: przekładanie starej (znanej) abstrakcji (tematu lub tezy) za pomocą starych środków (czyli postaci, zdarzeń  lub sytuacji stosowanych już wcześniej w tym samym celu; ten sam przekład) – tu należy większość popularnego chłamu; przekładanie starej abstrakcji za pomocą nowych, oryginalnych środków – tu należy większość dobrej literatury; i wreszcie – tworzenie nowych, oryginalnych abstrakcji i przekładanie ich nowymi, oryginalnymi środkami. To, o ile mi wiadomo, robię tylko ja – to mój rodzaj tworzenia fikcji. Niech mi Bóg przebaczy (przenośnia!), jeśli jest to zarozumiały błąd! W tej chwili jednak nie sądzę, by tak było. (Czwarta możliwość – przekładanie nowych abstrakcji za pomocą starych środków – jest z definicji niemożliwa: skoro abstrakcja jest nowa, nikt dotąd nie mógł używać środków pozwalających na jej przełożenie)".

        Jej słowa wydają się zuchwałe. Najdziwniejsze jest jednak to, że w pełni się z nimi zgadzam.

 

Twarz bez bólu, strachu, czy winy

        To nie jest książka z rodzaju tych, które po ostatnim akapicie każą nam krzyknąć: „O cholera!” Takie uczucie towarzyszy nam już po kilkudziesięciu, jeśli nie kilkunastu stronach, aż do samego końca. Objętość nie tylko nie jest przesadzona, ale wręcz konieczna by w pełni zobrazować ideę z niej płynącą. Początkowo jesteśmy zaledwie smagani poukrywanymi w tekście odniesieniami do elementów naszego życia i kultury. Książka pobudza naszą inteligencję, ale robi to w sposób bardzo wysublimowany, nie narzucając nic z góry. To od nas zależy, czy złapiemy trop i zatopimy się w zdarzeniach, które powoli łączą się w spójną, logiczną całość. Nie sposób powiedzieć komuś – ta książka to dzieło. Czytelnik musi to określić sam – na podstawie własnego rozumu. Uwierzcie mi, powieść odwołuje się do niego cały czas, pozostawiając miejsce na przemyślenia i wnioski. Daje nam wolną rękę i do niczego nie przekonuje. Nie posługuje się także marnymi sztuczkami i przemilczeniami by przekonać do swojej wizji. Jest to zresztą tożsame z punktem widzenia autorki. Powracając do przerażającej każdego objętości - powieść ma tempo idealne by wszystko pojąć. Dla mnie to geniusz, ale o tym sam musi zadecydować każdy, kto zechce zatopić się w fascynującym świecie wykreowanym przez Ayn Rand.


        „Przysięgam na swoje życie i swoją miłość do niego, że nigdy nie będę żył dla innego człowieka ani prosił go, by żył dla mnie”

- John Galt

 

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Al] *.ds.pg.gda.pl

    Tuż po przeczytaniu powieści czułem się podobnie - jakbym wypił jakiś nektar olśnienia, dostąpił wyższego poziomu mądrości. Idea powieści jest wielka, i prawdopodobnie coraz bardziej aktualna, co już samo świadczy o geniuszu autorki. Rzeczywiście objętość książki jest uzasadniona nie spieszącą się narracją, która pozwala czytelnikowi samemu powoli dochodzić do logicznych wniosków. Jednak jest też prawdą, że ustami bohaterów Ayn Rand przekazuje bezpośrednio coraz większe partie Idei, a w końcu jest ona wypowiadana zupełnie wprost - vide cytat z Johna Galta. Autorka sekwencją sylogizmów ciągle dąży do tej cudownej syntezy, ale... czy ona w istocie jest ostatecznie tak cudowna?
    Owa gloryfikacja twórczego egoizmu jest doprowadzona do logicznego końca i prowadzi momentami do pewnych etycznych absurdów, co zgodnie z zasadami logiki, podważa etyczne przesłanki. Przykładem są tutaj miłosne perypetie Dagny Taggart, zawsze kierującej się warunkiem maksymalnego podziwu dla cech partnera, a nie wiernością czy innymi zobowiązaniami. Autorka też sprytnie unika pewnych elementów fabuły, które mogłyby uwypuklić te absurdy. Co by było na przykład, gdyby Dagny miała ciężko chorych rodziców? Machnęła by ręką na ich cierpienie, bo "nie będzie żyła dla innego człowieka"? Albo gdyby zaszła w ciążę? Czy kochała by dziecko, które przecież nie jest w stanie zapracować na swoje utrzymanie? W rzeczywistości również nie spotyka się tak podłych, niemal plugawych charakterów, z jakimi walczą bohaterowie Idei. Dzięki temu kontrastowi też nie zauważamy owych etycznych mankamentów.
    Nie oznacza to wszystko jednak, że owa teoria egoizmu jest błędna. Ma ona jednak kilka błędnych przesłanek, które z lekka osłabiają siłę powieści. O Ayn Rand też słusznie powiedział M. Rothbard: "jest zbyt emocjonalnie związana uwielbieniem dla Bohatera ? Wielkiego Biznesu, aby przyznać, że to właśnie konkretnie Wielki Biznes jest w dużej mierze odpowiedzialny za XX-wieczny marsz w kierunku agresywnego etatyzmu".
    Poza tym, jako powieść sławiąca wolność każdego człowieka do dysponowania swoją własnością w dowolny sposób - jest pewnie jedną z niewielu, a zapewne najlepszą.

  • prezesstoczni

    Dziękuję za komentarz, który stanowi doskonałe uzupełnienie mojej notki. Zgadzam się z tym, że jej idea ma w sobie kilka dziur, których i ja nie potrafię wypełnić. Także fabuła prowadzona jest w taki sposób, by przedstawić ideę w określony sposób. Faktem jest, że autorka stworzyła filozofię, którą kierują się ludzie. Ja jednak skłaniałbym się do rozpatrywania Atlasa Zbuntowanego, nie jako rozprawy filozoficznej, tylko powieści, która w sposób jaskrawy (także przez wspomniane przez ciebie plugawe charaktery w opozycji do ludzi perfekcyjnych), przedstawia swoją ideę. Sama zresztą pisze:

    Wydaję się, że jestem zarówno filozofem teoretycznym, jak i autorką beletrystyki. Najbardziej interesuje mnie jednak to ostatnie; pierwsze jest tylko środkiem wiodącym do ostatniego, środkiem absolutnie koniecznym, lecz jednak środkiem; celem jest opowieść fikcyjna. Bez zrozumienia i wyrażenia właściwej zasady filozoficznej nie mogę stworzyć właściwej opowieści, ale odkrywanie zasady interesuje mnie jedynie jako odkrywanie właściwej wiedzy, którą będę stosować w swoim życiowym celu, a moim życiowym celem jest kreacja takiego świata (ludzi i zdarzeń), który mi się podoba to znaczy: świata człowieka perfekcyjnego

    Mnie także czasami trudno było zrozumieć motywacje Dagny. Racją jest, że nie kierowała się wiernością i zobowiązaniami. W książce jest jednak jasno przedstawione, że poszukiwała czegoś na horyzoncie, kochała kogoś, kogo mogła, ale nie musiała spotkać. Dopiero spotkanie ostatniego mężczyzny w jej życiu doprowadziło ją do zrozumienia czego szukała.

    W odniesieniu do zajmowania się chorymi rodzicami lub kochaniu dziecka - ciężko mi odnaleźć rzeczony fragment, po którym w pełni zrozumiałem cytowane przeze mnie słowa Johna Galta: Przysięgam na swoje życie i swoją miłość do niego, że nigdy nie będę żył dla innego człowieka ani prosił go, by żył dla mnie

    Jeden z bohaterów mówił w nim, że matka, która nie kupi sobie kapelusza, tylko kupi coś dziecku (jedzenie?), wcale się nie poświęca. Dziecko jest dla niej wyższą wartością niż ona sama. Z tego też powodu danie przyjacielowi pieniędzy nie jest równoznaczne z zaprzeczeniem idei, jeśli tylko ta strata nie wpływa w negatywny sposób na nasze życie.

    Jestem świeżo po lekturze, dlatego niektóre wnioski mogą być trochę chaotyczne. Jakiekolwiek nie byłyby sygnowane przez nią idee, nie sądzę by właściwe było przekładanie ich na nasze życie w stosunku 1:1. Sama autorka pisała, że nie należy opierać się na tym, że inni wiedzą lepiej, tylko za pomocą własnego rozumu i osądu decydować o słuszności danej tezy.

    Do ostatniego akapitu dodałbym jeszcze jedno, co nasuwa się mnie. Książka jest pochwałą życia człowieka jako najwyższej wartości i chwała jej za to.

  • Gość: [Al] *.ds.pg.gda.pl

    Oczywiście, jak najbardziej możemy poprzestać na ocenie dzieła głównie pod względem literackim, natomiast osobiście lubię bardziej oceny etyczne lub filozoficzne - może dlatego, że są w pewnym sensie praktyczniejsze? Bo krytyka jednej etyki i przyjęcie innej pociąga za sobą stosowanie się w życiu do takich, a nie innych zasad. O ile jest w gruncie rzeczy obojętne, czy ktoś woli prozę Dostojewskiego czy Tołstoja, o tyle bardzo istotne jest, czy ten ktoś usprawiedliwia pod względem etycznym np. zbrodnię Raskolnikowa. To z wartościowań etycznych bierze się wszelkie rzeczywiste zło i wszelkie dobro.
    A dlaczego akurat na etyce przedstawionej przez Ayn Rand tak mi zależy? Bo była już bardzo blisko twierdzenia ogólniejszego, moim zdaniem pełniejszego: że każdy człowiek powinien móc rozporządzać dowolnie swoją własnością. W tym zdaniu mieści się zarówno powieściowy egoizm, jak i wszelka forma dobrowolnego altruizmu. Doprowadzając to twierdzenie do logicznego końca, dochodzi się do wniosku, że jedyne społeczeństwo, w którym zasada ta jest spełniona, to społeczeństwo opisane na końcu powieści - kraj całkowicie wolnych ludzi podejmujących całkowicie dobrowolne wymiany własności. Bez rządu, bez podatków, bez zorganizowanej instytucji przemocy, jaką jest każde państwo.
    Należy jeszcze zapytać, czy to utopia? Myślę, że nie - coś co logicznie wynika ze słusznych założeń, nie może być utopią. Natomiast może być bardzo trudne lub nawet niemożliwe do zrealizowania; tak jak prawdopodobnie niemożliwe jest, aby wszyscy ludzie wyzbyli się np. skłonności do kradzieży. Ale mimo, że nigdy nie wyeliminuje się tej złej skłonności, nikt nie podważa przykazania "nie kradnij"...

  • prezesstoczni

    Trudno się nie zgodzić z tym co piszesz. Co do kilku kwestii mam jednak wątpliwości. Podejście etyczne czy filozoficzne, rzeczywiście jest praktyczniejsze, ale tak jak wspomniałeś w pewnym sensie. Osobiście uważam, że sztuka do której zaliczają się także książki, stanowi wartość samą w sobie, a jedynym jej miernikiem jest to, co sami potrafimy z niej wyciągnąć. Stąd też opieranie się na zasadach, że albo coś niesie za sobą wartość filozoficzną, albo literacką nie wydaje mi się do końca właściwe. W pełni zgadzam się za to prawem człowieka do dowolnego rozporządzania swoją własnością.
    Czy jednak rzeczywiście wszelkie rzeczywiste zło i wszelkie dobro bierze się z wartościowań etycznych? Z początku moja odpowiedź brzmiała tak. Po głębszym zastanowieniu muszę odpowiedzieć nie. Jednakże dopuszczam w swoim rozumowaniu miejsce na błąd spowodowany niewiedzą. Chodzi mi o teoretyczną sytuację, gdy ktoś chce wyrządzić drugiej osobie krzywdę (może być w afekcie), nie kierując się chęcią zysku, ani żadną inną przesłanką swojej moralności, która pozwala mu odpowiednio umocować i wytłumaczyć źródło swojego zachowania. Kieruje się tylko i wyłącznie impulsem, potrzebą chwili, kompletnie bezrozumnie.
    Kwestię przykazania nie kradnij rozwinąłbym o fakt, że ludzie być może nie podważają jego istnienia, natomiast rozwinęli swoją moralność w taki sposób, że kompletnie im ono nie przeszkadza. O ile dla mnie jasne jest, że kradzież to zło. Nieważne jak bardzo będziemy próbowali wytłumaczyć i znaleźć powód, który nas do niej skłonił, tak wielu ludzi w najróżniejszy sposób to właśnie robi. Mało zarabiam? kradnę rzeczy pracodawcy. Rząd mnie okrada mam moralne prawo odpowiadać tym samym. I podobne. Naginając kolejne granice można usprawiedliwić dosłownie wszystko, a później dziwić się swojemu jałowemu życiu.
    Do tematu prawdopodobnie powrócę, gdy zacznę czytać Źródło, tymczasem jednak odskoczę od tak wymagającej literatury i poczytam Remarquea, który przy pierwszym kontakcie mnie zachwycił.

© wieczorny przegląd myśli
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci